Media

"Jazz Jantar 2012", Jazz Forum 1-2/2013, str 18

Skan recenzji koncertu Crème de la crème. Elec-Tri-City

Stanisław Danielewicz

Proszę dobrze zapamiętać te cztery nazwiska: Marcin Wądołowski (g), Dominik Bukowski (xylosynth), Grzegorz Sycz (dr), Janusz „Macek" Mackiewicz (el-b). Wierzę, że przy odrobinie nowoczesnego marketingu i doprawieniu muzycznych prezentacji niebanalnymi wizualiami - będzie o tym zespole głośno w Polsce, a może i znacznie dalej.

Zespół (poza jednym utworem na bis) grał utwory Mackiewicza, ale ewidentna jazz-rockowa stylistyka była na drugim planie wobec tego, jak zostały owe utwory zaaranżowane, a przede wszystkim, z jakim kosmicznym wręcz drive'em zagrane! Na polskiej scenie, o ile dobrze pamiętam, tyle entuzjazmu i pozytywnych emocji wynikających z działań muzyków podziwiałem ostatnio w bardzo zamierzchłych czasach: to były bowiem czasy Young Power, „młodego" Walk Away czy początków Miłości.

Wspomniałem o „ewidentnym jazz-rocku", mając na względzie przede wszystkim bardzo szerokie odniesienia do gatunku nieustannie ewoluującego, rozpiętego w przestrzeni już kilkudziesięcioletniej tradycji. Na użytek czytelnika jednak spróbuję zapisać, że czasem cisnęły mi się porównania do muzyki Pata Metheny'ego i Lyle'a Maysa z lat 80. XX w., a innym razem odnajdowałem harmonie obecne w utworach nowoczesnej amerykańskiej, mocno funkowej muzyki disco; gitarzysta zaś w solówkach nawiązywał to do Hendrixa, innym razem do Gary'ego Moore'a, by wymienić tylko dwóch z plejady możliwych do przywołania. Bardzo interesujący ogólnie melanż! Prawie nieznany w skali ogólnopolskiej gitarzysta Wądołowski (za to bardzo ceniony w Trójmieście dzięki niesłychanej elastyczności w dostosowaniu techniki gry do stylistyki każdej z grup, z którymi współpracuje) grając w Elec-Tri-City szybko, jak prognozuję, stanie się jednym z rozdających w kategorii „polska gitara jazzowa".

Recenzja płyty „Elec-tri-city”, Jazz Forum 7-8/13 - Ocena 4/4

Skan recenzji płyty (...) Kiedy jesienią 2012 roku na scenie gdańskiego klubu Żak pojawiło się czterech trójmiejskich muzyków, by zagrać pierwszy koncert nowego zespołu Elec-Tri-City, powiało sensacją, a z każdą minutą pełnej ekspresji prezentacji stawało się jasne, że otwiera się nowy rozdział historii jazzu w Trójmieście, z oczywistymi konsekwencjami dla całej polskiej sceny jazzowej.

Już wówczas muzycy mieli za sobą nagranie całego przygotowanego repertuaru, jednak na ukazanie się płyty z tym materiałem trzeba było czekać ponad pół roku. Jeśli porównać ostateczny rezultat owego pamiętnego koncertu z dźwiękami zawartymi na płycie, okaże się, że to dwie podobne, lecz nie do końca identyczne historie. Różnicę wyznacza w materiale nagranym na płytę udział gości, z których najbardziej znaczącą dla ostatecznego wyrazu artystycznego wydaje się być obecność Leszka Możdżera, choć równie istotne dla przełamania pierwotnego brzmienia okazały się dwa utwory z udziałem Macieja Sikały. Nie jest to szczęśliwa sytuacja dla recenzenta, który, mając wciąż w uszach diabelnie wyraziste frazy jazz-rockowego grania (na półkach sklepów płytowych mogłoby się śmiało znaleźć z etykietką „funky music”) - otrzymuje w zamian muzykę naznaczoną dodatkowym, bardzo mocnym przekazem, wypływającym z indywidualnych „wycieczek” Możdżera, nie tylko pianisty, ale i budowniczego nowych skojarzeń, zaskakujących zwrotów, sugestywnych odniesień.

W kontekście tych nieprzewidywalnych, wartych wielokrotnego wysłuchania dialogów między Elec-Tri-City, a Możdżerem czy Sikała, trochę schodzi na drugi plan inny dialog, między wibrafonistą (tu grającym na zelektryfikowanej odmianie ksylofonu dwurzędowego i generującym dźwięki komputerowo) Dominikiem Bukowskim, a gitarzystą Marcinem Wądołowskim. A przecież owo wręcz telepatyczne porozumienie między tymi muzykami, w największej chyba mierze, decyduje o randze zapisanej muzyki.

Dodajmy do tego wielokrotnie potwierdzaną doświadczalnie dojrzałość basisty „Macka” Mackiewicza i rockowe inklinacje perkusisty Grzegorza Sycza - i zaczynamy rozumieć, że siłą napędową owego trójmiejskiego składu są potężne emocje przetwarzane w nową jakość, choć przecież nieustannie odwołującą się do tradycji. Gdy Wądołowski zaczyna grać jak Hendrix, by za chwilę pojawić się w roli niby-Santany, czy Gary'ego Moore'a, doskonale rozumiemy, że owe kostiumy, będące niezbywalną cechą naszej pop-kulturalnej wioski, są jednocześnie narzędziem i stanem ducha, wszak „medium is the message”... Wszystko jednak zależy od talentu i siły przekazu intermediatora; w Elec-Tri-City mamy do czynienia z wyjątkowym stanem skupienia i wiary w prawdziwość owego „message".

Podsumowując: tej płyty raczej nie uda się wysłuchać obojętnie, wymaga zarówno uwagi wobec nakładających się na siebie znaczeń, jak i wiary, że „funk is not dead”.

Stanisław Danielewicz